Dieta informacyjna

Och. Długo mnie ostatnio nie było, ale to dlatego, że w końcu miałem dłuższy urlop. 11 dni słodkiego lenistwa nad basenem gdzie skupiałem się tylko na rodzinie. Jedyne czego się podjąłem przez ten czas to pewien eksperyment, który pozwolił mi jeszcze lepiej wypocząć i o którym chciałbym dzisiaj trochę opowiedzieć.

Znacie pojęcie FOMO? Fear Of Missing Out. A po polsku strach przed pominięciem. Jest to pewien syndrom, który narodził się wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych. To strach przed tym, że jeśli nie będziemy cały czas dostępni, nie będziemy sprawdzać fejsa, twittera, insta, czy nawet nie będziemy przeglądać informacji ze świata to ominie nas bezpowrotnie coś istotnego. Właśnie przez ten syndrom wiele osób sprawdza co kilka chwil swoją ścianę, czy ma wiecznie włączone informacyjne programy telewizyjne.

Ja też tak robię, albo mam nadzieję, że mogę już powiedzieć robiłem. Kilka, kilkanaście minut pracy i cyk łapię za telefon i na fejsa zobaczyć co się zmieniło. Już nie raz myślałem sobie, że to bez sensu. Przecież tam nic nie ma. Nawet żona nie raz jak przeglądała moją ścianę to mówiła, że to same nudy… Ale i tak to robiłem. Czasem (może raz dziennie) pojawił się na jakimś fanpagu ciekawy artykuł, który czytałem. A tak? Same bzdury pokroju mojego ostatniego faworyta: wydarzenie „Przyjdź na warszawską patelnię i krzycz jak Goku”.

Żyłem sobie tak od dłuższego czasu z telefonem wiecznie w ręcę i nic nie zapowiadało specjalnych zmian. Jadąc na urlop też myślałem o tym, że skoro znieśli opłaty roamingowe to nie trzeba będzie szukać wifi żeby sobie poscrollować społecznościówki. Jednak kiedy dotarliśmy do hotelu wszedłem na fb żeby polubić zdjęcie które przed wylotem wstawiła moja żona i powiedziałem sobie koniec. Odłączam się od tego wszystkiego. Chcę zobaczyć co się stanie jeśli przez całe 11 dni nie będę zaglądał na media społecznościowe, nie będę sprawdzał maila, ani żadnych stron z informacjami. Mam to w dupie. Nie ma mnie.

Przyznam się, że nie sądziłem, że moje przyzwyczajenie jest aż tak silne. Przez pierwsze 2-3 dni ciągle chwytałem za telefon i już chciałem kliknąć niebieską ikonkę. Na szczęście udawało mi się powstrzymać w porę i blokować telefon bez wykonania żadnej akcji. Im dalej w las tym było coraz łatwiej. Telefon leżał sobie w wózku syna przez większość czasu i służył tylko za zegarek. Jedynie czasem musiałem odpowiedzieć naszej doradcy ds. kredytu, bo tego jednego tematu nie udało się zamknąć przed wyjazdem.
Swoją zasadę złamałem dwa razy.

Raz pod koniec wyjazdu, w poniedziałek, z czystej wrodzonej złośliwości musiałem wrzucić zdjęcie z nad basenu z pozdrowieniami dla pracujących 🙂 to już było silniejsze.
A drugi kiedy kolega z pracy myślał, że już wróciłem, zaczęliśmy gadać i zapytał się czy słyszałem co się we Włoszech stało (chodziło o napaść i gwałt w Rimini). Powiedziałem mu, że nie wiem i nie chcę wiedzieć, bo chciałem się od tego wszystkiego odciąć. Zrozumiał to i powiedział, że pogadamy jak już będę w pracy. Miałem nadzieję, że tak będzie, ale jednak gdzieś ciekawość się obudziła i w końcu musiałem to sprawdzić. Teraz już sam nie wiem czy to była potrzeba dowiedzenia się, czy bardziej zobaczenia o co chodzi dlatego, że cały czas myślałem o tym żeby nie sprawdzać tego do jutra. Pewnie i jedno i drugie ale byłem zaskoczony jak mocno mi to weszło w głowę.
Poza tymi dwoma sytuacjami nie było mnie w cyfrowym świecie. Mogła zacząć się kolejna wojna, a ja bym o tym nie wiedział. Albo raczej bym o tym nie przeczytał, bo to dwie różne sprawy.
No dobra. Tylko co z tego wyszło? Ano już mówię. Po pierwsze to, że znalazłem sposób na to żeby iPhone wytrzymał 3 dni bez ładowania (sic!)(szok, niedowierzanie). Wystarczy z niego nie korzystać 😛

Po drugie jak sprawdziłem maila to było tam dokładnie 170 maili z których myślę, że 150 wyrzuciłem bez otwierania i bez zawahania a nie koniecznie był to spam. Część z tego było newsletterami, które nieraz przeglądałem żeby dowiedzieć się co w danej dziedzinie się zmieniło.

Po trzecie cała masa powiadomień na fb i twitterze. Fakt przejrzałem je, ale na samą ścianę już specjalnie nie wchodziłem. Przestałem czuć taką potrzebę.

Po czwarte i chyba najważniejsze świat się nie zawalił pod moją nieobecność. Wszystko było tak jak to zostawiłem. Ludzie się rodzą i umierają, zmienia się klimat, zmienia się władza co jakiś czas. I większość tych informacji jest nam zupełnie zbędna. Ludzie narzekają, że poziom programów informacyjnych jest niski, bo mówią w której ciąży jest księżna Kate, albo który z piłkarzy nawalił się po meczu. I dobrze, niech mówią o tym bo to jest ich święte prawo. Widać to ludzie chcą wiedzieć, bo przecież prowadzi się badania i te stacje dokładnie wiedzą jak nas przyciągnąć przed telewizor. To jest nasz wybór czy chcemy to oglądać czy nie. I ja wybieram, że nie chcę.

No właśnie. Dobrze mi z tym, że nie sprawdzałem tych wiadomości. Nie musiałem się przejmować zagrywkami partii rządzącej, ani tym co się dzieje z uchodźcami, albo polakami na emigracji. Byłem na urlopie. Skupiłem się na rodzinie. Spędziłem z nimi fantastyczny czas i na mało którym wcześniejszym urlopie wypocząłem tak jak na tym.

Po powrocie myślałem, że wszystko wróci do stanu jaki był przed wyjazdem. Znowu zacznę sprawdzać wszystkie portale codziennie rano. Ale okazało się, że tak nie jest. Facebooka czy Twittera przeglądam w tej chwili najczęściej na tronie 🙂 z nudów, tak jak to zawsze było. Wychodzą z tego 3 może 4 wejścia dziennie i absolutnie nie scrolluję do momentu w którym ostatnio opuściłem ten portal. Oprócz tego praktycznie nie sprawdzam wiadomości ze świata. Stwierdziłem, że jeśli coś wydarzy się o czym powinienem wiedzieć to i tak ktoś mnie o tym poinformuje. I faktycznie tak jest. Co chwilę ktoś się pyta czy słyszałem o tym czy o tamtym. Wtedy z uśmiechem mówię, że nie słyszałem ale chętnie posłucham. I dzięki temu jestem na bieżąco, ale nie tracę czasu na przebijanie się przez masę nieistotnych informacji. Podoba mi się takie życie jak na razie i każdemu zdecydowanie polecam zrobić podobny eksperyment. Można dużo rzeczy się o sobie dowiedzieć i zrobić wiele pożytecznego – ja na przykład przeczytałem 2 i pół książki przez 11 dni (podczas gdy przez ostatni rok przeczytałem chyba pół) 🙂

Related posts